applefobia
Applefobia
Loading...

Mac Pro - pierwsze recenzje. Szału nie ma...

Nowatorska technika sprzedaży Apple, polegająca na wprowadzeniu Maka Pro do sprzedaży w grudniu, a...

Nowatorska technika sprzedaży Apple, polegająca na wprowadzeniu Maka Pro do sprzedaży w grudniu, ale z opcją odbioru dopiero w lutym, sprawiła, iż szczęśliwcy, którym udało się zobaczyć to cudo na własne oczy, są równie nieliczni, jak ateiści na pokładzie samolotu z płonącymi silnikami. Niemniej jednak parę egzemplarzy Maka trafiło już w ręce różnych portali technologicznych, więc możemy się zacząć pastwić nad pierwszymi recenzjami...

Czego jak czego, ale innowacyjności akurat nie można Apple odmówić. Jako pierwsi na świecie zbudowali stację roboczą, którą można bez wysiłku zaturlać do Starbucksa i postawić na stoliczku. Koniec z cieniasami, szpanującymi jakimiś iPhonami, iPadami czy MacBookami. Jesteś prawdziwym profesjonalistą? Weź Maka Pro ze sobą i pokaż na co cię stać!

Jeśli chodzi o tupet, to tego również Apple nie brakuje. Zrobili fantastyczny pokaz siły, zupełnie jak Ruscy, budujący na złość USA własny wahadłowiec Buran, który potem nigdzie nie poleciał. Owszem, udało się upchać imponujące specyfikacją podzespoły w termosie i uzyskać najwyższy w historii przelicznik ceny za centymetr sześcienny obudowy, ale tym sposobem Mac Pro przypomina Pudziana wtłoczonego w ciasne hipsterskie rurki. No niech teraz spróbuje kucnąć albo pomyśleć przez chwilę o krągłej d.pie Maryni...

Ale przejdźmy do konkretów...

Rozbudowa? Czysta fikcja

Większość recenzentów, piszcząc z radości jak Robin Gibb przygnieciony przez fortepian, zachwyca się tym, że Mac Pro, w odróżnieniu od innych produktów Apple, oferuje łatwy dostęp do wnętrza, bo jest skręcony normalnymi śrubkami i że mimo wcześniejszych obaw, można w nim samodzielnie wymienić to i owo. No faktycznie, jak na stację roboczą to rzeczywiście przełom... Ciekaw jestem, czy opisując samochód, ci sami recenzenci popadliby w podobny zachwyt tylko dlatego, że jest dostęp do silnika i można wymienić żarówki w reflektorach...

Jeśli chodzi o wymianę podzespołów w Maku Pro, to po wstępnym oszołomieniu warto wylać sobie na łeb parę kubłów zimnej wody ze studni, aby dojść do jedynego możliwego wniosku, że jest to czysta fikcja. Owszem, można samodzielnie wymienić RAM. Albo procesor. Albo RAM... Reszta jest absolutnie niekompatybilna z czymkolwiek na świecie.

Mak Pro ma dwie, niemal identyczne karty grafiki oparte na procesorach AMD. Bliźniactwo jest jednak dwujajowe, bowiem jak odkryli rozkręcacze z iFixIt, GPU na jednej z kart pochodzi z Chin, zaś drugi GPU został wyprodukowany na Tajwanie. Pełny ekumenizm, prawie jak w "Rodzinie zastępczej". Ale dlaczego tak? O tym za chwilę...

Apple wbudowało procesory grafiki w płytki własnej konstrukcji, o kompletnie nietypowym kształcie i ze złączami tak fikuśnymi, że prędzej traficie szóstkę w Totka, niż znajdziecie na rynku kartę grafiki pasującą do gniazdka w Maku.

Co więcej, w nagłym napadzie innowacyjności inżynierowie z Cupertino wpadli na genialny pomysł, żeby jedyne istniejące złącze do dysku SSD umieścić... na karcie grafiki. Tej pochodzącej z Tajwanu...  Tak więc możliwość samodzielnego upgrade'u grafiki jest czysto teoretyczna, bowiem w praktyce tylko Apple może łaskawie sprzedać wam za bajońską sumę jakiś zamiennik, który będzie miał właściwe gniazdko i slot na SSD.



To genialne zastosowanie kupertyńskiej myśli technicznej sprawia, że nie dość, że wasze dane na dysku cały czas smażą się tuż obok napalonego GPU, to jeszcze w razie zwyczajowego sfajczenia karty graficznej jesteście w czarnej d.pie, bo nawet jeśli SSD cudem ocaleje, to i tak nie ma go do czego podpiąć. Jak na zawodową stację roboczą przystało, Mac Pro ma tylko jedno takie gniazdko - właśnie to na zwęglonej karcie grafiki, którą trzymacie w ręce, ocierając smarki rękawem...


(Nie)moc będzie z wami...

Gdybyście jakimś cudem rozbudowali Maka Pro, wkładając mocniejszy procesor i grafikę, pojawia się kolejny problem - co zrobić z zasilaniem? Ze swoimi 450W zasilacz Maka Pro i tak już pracuje na granicy blackoutu. Parę lat temu, na luzie, jednym śrubokrętem i w samym biustonoszu wymieniłem w swoim blaszaku zasilacz na 550W, bo po dołożeniu mocnej karty graficznej stara elektrownia zaczęła dymić jak Trabant w drifcie. Posiadacz Maka Pro nie będzie miał takiego luksusu, więc po obciążeniu mocniejszymi podzespołami Mac ma wszelkie predyspozycje, aby stać się działającym, poglądowym modelem Wezuwiusza w skali 1:6834...


PRO, czyli jedno wielkie udawanie

Jednym słowem - wszystkie te hipotetyczne możliwości rozbudowy, którymi tak zachwycają się fanboje, można o kant d.py potłuc. I tak nic z tego nie będzie. Z Maka jest taka stacja robocza, jak z parnika łódź podwodna. Mac Pro jedynie udaje coś, czym nie jest i nigdy nie będzie, a ja nabieram coraz większego przekonania, że PRO w nazwie nowego Maka to skrót od Pretending Real One...


Wydajność? Tylko na papierze...

Kolejna sprawa to parametry pracy i wydajność Maka Pro. W teście przeprowadzonym przez portal AnandTech, okazuje się, że Mac Pro działa jak typowy system podatkowy - im większe obciążenie, tym mniejsze wpływy do budżetu. Po dokręceniu śruby wydajność Maka ulatnia się do szarej strefy.

Jak wynika z poniższej ryciny, Mac Pro, doprowadzony brutalnym traktowaniem (Facebook, YouTube, słupki w Excelu) do temperatury powyżej 90 stopni elegancko obniża sobie częstotliwość procesora z nominalnego 2,7 GHz do lajtowego 2.1 GHz. Pełny czilaucik... O Turbo Boost 3,5 GHz możecie sobie co najwyżej poczytać na stronie Apple...




Prawdę mówiąc, odkąd tylko pierwszy raz zobaczyłem konstrukcję Maka Pro, dokładnie tego się spodziewałem i wcale nie jestem zaskoczony, bo Apple, nie radząc sobie z odprowadzaniem ciepła, od lat kultywuje tradycję dławienia mocy swoich produktów, aby broń Boże nie zgrzały się i nie spociły przy uczciwej robocie.

No i jak tu nie mieć złego zdania o fanach Apple... Trzeba naprawdę mieć IQ mniejsze od rozmiaru buta (w numeracji angielskiej), żeby dać się tak dymać bez wazeliny i jeszcze się z tym obnosić, kupując komputer, w którym płacisz krocie za pełnowymiarowego Xeona, a dostajesz dostęp zaledwie do 75% mocy, bo Apple nie poradziło sobie ze skutecznym chłodzeniem procesora i dławiąc zegar zapobiega przegrzaniu Maka Pro.

Całkiem inna sprawa to wydajność wspominanego już wyżej zasilacza. Kolejna rycina pokazuje, że Maka Pro można bez problemu doprowadzić do zapaści energetycznej za pomocą samych benchmarków...


Jak mówi stare przysłowie, wyżej Wata nie podskoczysz i Mac Pro zbliżając się do maksymalnej mocy zasilacza znowu robi to, co potrafi najlepiej - dławi procesor i obniża parametry pracy, aby zmniejszyć zapotrzebowanie na prąd. Apple mogłoby oczywiście zamontować w Maku Pro mocniejszy zasilacz, ale wtedy Mac nie byłby taki mały i zajebisty...

Wskutek chorej filozofii, przedkładającej formę nad treść, dostajecie w przecudnej urody obudowie tzw. "stację roboczą", która nie potrafi uciągnąć nawet własnych bebechów, pracując na granicy wydolności g.wnianego zasilacza. A nie podłączyliśmy jeszcze do niej żadnych dodatkowych zabawek... Dziwicie się teraz, dlaczego Mac Pro ma zerowe możliwości rozbudowy? To po prostu instynkt samozachowawczy...

Myślę, że pierwsze rozczarowania makjuzerów pojawią się bardzo szybko, a Apple będzie próbować jak zwykle udowodnić ustami niezawodnego Phila Schillera, że wszystkie stacje robocze tak mają - dławią procesory i mają zasilacze niewystarczające do utrzymania się przy życiu, ale obawiam się, że to może być trudne zadanie. Ale co mi tam, to nie moje zmartwienie... Idę dołożyć sobie do blaszaka trzeci twardy dysk. Z czystej złośliwości :)


Źródło i fotki - iFixIt, AnandTech



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

stacja robocza 6096045033128868571

Strona główna item

Bądź na bieżąco



REKLAMY






Losowy wpis z archiwum

Archiwum bloga