applefobia
Applefobia
Loading...

Chcesz zostać słynnym fotografem? Jedź z iPhonem do Patagonii!

Jest wiele sposobów, aby zyskać sławę i nieśmiertelność, ale jeden z nich jest stuprocentowo pewny...

Jest wiele sposobów, aby zyskać sławę i nieśmiertelność, ale jeden z nich jest stuprocentowo pewny. Wystarczy zrobić coś wyjątkowo durnego przy użyciu dowolnego produktu Apple, a zaraz napiszą o tym wszystkie jabłkofilne portale. No i oczywiście Applefobia :)

Tak też stało się w przypadku niejakiego Austina Manna. Do tego stopnia zachwyciła go jakość zdjęć i filmów kręconych przez iPhona 5s, że porzucił wp.zdu swoją lustrzankę Canona i pojechał w plener do Patagonii robić zdjęcia najnowszym telefonem Apple, co potem triumfalnie obwieścił na swojej stronie www.



W tym momencie powinno paść podstawowe pytanie - who, the fuck, is Austin Mann? Poza swoją własną stroną i profilami na Facebooku, Twitterze czy Vimeo, facet praktycznie nie istnieje. Nie wiem czy to wystarczające kwalifikacje, żeby stać się autorytetem w dziedzinie fotografii i bajdurzyć o wyższości iPhona nad lustrzanką, ale skoro napisały o tym Cult of Mac i MyApple, to chyba należy traktować sprawę poważnie...

Zastanawiam się, co tak ujęło kolegów redaktorów, że nagłośnili sprawę. Może chodzi o to, że Austin zabrał iPhona aż do Patagonii, gdzie to faktycznie rzadki aparat? No nie wiem, ale moim zdaniem sam fakt zabrania iPhona w dzikie ostępy w żaden sposób nie poprawia parametrów jego optyki. Czy jeśli ktoś zabierze iPhona na łodź podwodną, to będzie oznaczać, że to profesjonalny sprzęt do filmowania kopulujących humbaków?

Mam inną teorię. Po prostu po zakupie nowego iPhona 5s i wydatkach na leczenie zapalenia płuc złapanego zimną nocą w kolejce, Austin Mann musiał obciąć budżet swojej wyprawy. Wybierał się z iPhonem robić zdjęcia na Plutonie, a skończyło się zaledwie w Patagonii. W dodatku zabrakło mu kasy na opłaty za nadbagaż, więc zamiast lustrzanki Canona z całą szklarnią i osprzętem mógł zabrać do samolotu tylko iPhona. Ot i cała historia, rozdęta do rozmiarów Wojny Trojańskiej...

Z mojego trzydziestoletniego doświadczenia fotograficznego wynika, że w zasadzie nie trzeba jechać aż do Patagonii, żeby się przekonać, że iPhone tak nadaje się do fotografowania, jak durszlak do gry w tenisa. Durszlak niby też ma rączkę i dziurki w tym okrągłym, ale niestety występują dramatyczne różnice w obsłudze i efektywności gry. Zwłaszcza przy bekhendzie.

Z dokumentacji wyprawy wyraźnie wynika, że zachwyt z powodu zabrania iPhona do Patagonii jest równie uzasadniony jak pożytek z zabrania ślepej cioci do ZOO, a producenci lustrzanek mogą jeszcze spać długo i spokojnie. Już choćby taki drobiazg, jak brak wizjera, kompletnie dyskwalifikuje iPhona w terenie...



...a podczas fotografowania z g.wnianego statywu można dostać garba i zapalenia mięśni karku od wpatrywania się w odblaski na wyświetlaczu...



... zaś efektem wyprawy są beznadziejne filmiki żenującej jakości z gąbczastą pikselozą w kolorze rzygowin:


Coś jednak się zmienia. Najzdrowszym objawem całej tej historii jest to, że większość komentarzy na MyApple jest zdecydowanie krytyczna - nawet dyżurni fanboje nie zostawili suchej nitki na dokonaniach słitfociarza-patagonisty uzbrojonego w iPhona. Hmm... czyżby pierwsze przebłyski zdrowego rozsądku?


Wszystkie fotki: Austin Mann


CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO? DOŁĄCZ DO APPLEFOBII!



iphone 8438569953331526805

Strona główna item

Bądź na bieżąco



REKLAMY






Losowy wpis z archiwum

Archiwum bloga