applefobia
Applefobia
Loading...

Nowy iMac, czyli transwestyta MacBook Air

Ci, którzy z wypiekami na twarzach bezskutecznie wypatrywali sprzętowych nowości podczas ostatn...


Ci, którzy z wypiekami na twarzach bezskutecznie wypatrywali sprzętowych nowości podczas ostatniej konferencji WWJC, wreszcie doczekali się swojej niespodzianki. A właściwie to nieświeżego jajka-niespodzianki, bo Apple znów zrobiło sobie jaja, oferując netbooka jako desktopa...


W polskim Apple Store już za jedyne 4.699 zł możecie kupić sobie pięknego 21,5-calowego iMaka, nówkę-sztukę nieśmiganą. Nowa seria jest promowana porywającym hasłem "Zobacz jak smukła może być moc". No cóż, skoro tak ładnie proszą, to zobaczmy...

Muszę przyznać, że po dłuższym zastanowieniu nadal nie bardzo wiem, jaką "moc" mieli na myśli marketingowcy Apple, bowiem w smukłej ameliniowej skorupie iMaka kryje się komputerek tak żałosny, że wstydziłbym się go kupić nawet borsukowi na Pierwszą Komunię. Mówiąc w prostych, żołnierskich słowach, byle laptop z promocji w markecie ma większy power pod maską.

Jakież to cuda Apple próbuje nam wcisnąć za 4.699 zł? Na wstępie śmiało możemy odliczyć równowartość 21,5-calowego wyświetlacza IPS o rozdzielczości Full HD. Jak sprawdziłem, taki sam monitor można kupić już za niecałe 500 zł w dowolnym sklepie. I nie ma się co łudzić, że w iMaku jest jakaś lepsza matryca - to taki sam, seryjny wyświetlacz, jak we wszystkich chińskich i koreańskich produktach, tyle że bez gwarancji na brak badpikseli.

Zostaje nam zatem 4.200 złotych. W tej cenie Apple doczepia do wyświetlacza zabawkowy komputerek, napędzany przez cherlawy dwurdzeniowy procesor 1,4 GHz. Tak, nie pomyliłem się - dwurdzeniowy Core i5 - ten sam, co w najsłabszym MacBooku Air. Wynika z tego, że z iMaka jest taki desktop, jak z mojego rowera ciągnik siodłowy.

Oczywiście ten procesor teoretycznie ma tryb Turbo, rozpędzający wszystkie dwa rdzenie do niewiarygodnej prędkości 2,7 GHz, ale pożytek z niego taki, jak praktykowanego coraz częściej w motoryzacji downsizingu, polegającego na pakowaniu wyżyłowanego, turbodoładowanego silniczka 1,4 litra do półtoratonowego kombi. Ci, co próbowali dojechać takim autem z rodziną i bagażami na Chorwację, wiedzą o co chodzi. Całe to turbo iMaka jest tyle warte, co kolorowa nalepka "Total Power 350 Watt PMPO" na głośniczkach od boomboxa z Biedronki.

Do kompletu dostajemy wlutowaną w płytę główną, przeciętną kartę grafiki Intel HD 5000 (też z MacBooka Air) oraz wspawane na amen 8 GB niewymiennej pamięci RAM. O twardym dysku pracującym z prędkością obrotową 5400, braku napędu optycznego, perwersyjnie umieszczonych gniazdkach i zerowych możliwościach rozbudowy nawet nie ma co wspominać. Desktop pełną gębą, nie ma co...


Podsumowując - nowy iMac to zwykły transwestyta, udający prawdziwy komputer. Apple po raz kolejny wykonało mistrzowską sztuczkę, przebierając MacBooka Air w ubranko iMaka i sprzedając go jako desktopa za większą cenę.

A teraz policzmy: kompletny MacBook Air kosztuje w Apple Store 3.800 zł. Odliczywszy wyświetlacz, obudowę, baterię, klawiaturę i dysk SSD, same bebechy od Aira są warte może połowę tej kwoty. Kompletny monitor 21,5 cala kosztuje około 500 zł, sama elektronika jakieś 400 zł. Razem wychodzi więc góra 2 tysiące. Tymczasem kupertyńskie cwaniaczki próbują nam opchnąć taki właśnie zestawik upakowany w obudowę iMaka za 4.700 zł. Inwestycja w aluminium? Normalnie interes życia...

Rachunek ekonomiczny mówi, że zamiast bez sensu przepłacać za aluminiową skorupę ze słabowitymi bebechami, lepiej już kupić osobny monitor i MacBooka Air. Wydajność zostanie ta sama, a jak dowodzą badania terenowe, mobilny MacBook Air sprawdza się w podróży lepiej niż iMac o takich samych parametrach:



Źródło: Apple, MacRumors


imac 4393865709275797439

Strona główna item

Bądź na bieżąco



REKLAMY






Losowy wpis z archiwum

Archiwum bloga