applefobia
Applefobia
Loading...

Z cyklu "Jak to się robi w rezerwacie" - czyli przyspieszanie Maka za pomocą wiertarki

Legendarna jakość wykonania oraz niewiarygodne zaawansowanie techniczne produktów Apple sprawiają...


Legendarna jakość wykonania oraz niewiarygodne zaawansowanie techniczne produktów Apple sprawiają, że ich serwisowanie i naprawa należą do wyjątkowych przedsięwzięć...

Cała historia zaczęła się w chwili, gdy pewien makjuzer odkrył, że jego ukochany MacBook dostaje wysokiej gorączki nawet przy najprostszych zadaniach. Doszło do tego, że w porywach osiągał temperaturę 102 stopni Celsjusza, co normalnie doprowadziłoby do wrzenia płynu mózgowo-rdzeniowego każdego normalnego użytkownika laptopa i poskutkowałoby natychmiastowym pozbyciem się dziadostwa przez okno i obrzuceniem stekiem wyzwisk firmy, która wyprodukowała taki bubel. Ale takie rzeczy to nie w rezerwacie...

Jako że nasz bohater jest pracownikiem znanej nam firmy iFixIt, wskutek czego posiada niezwykle rzadką wśród użytkowników sprzętu Apple wiedzę i niejakie przygotowanie techniczne, postanowił naprawić swojego MacBooka na własną rękę. Gdy zawiodły takie amatorskie, doraźne działania, jak przedmuchiwanie sprężonym powietrzem, zakup podstawki chłodzącej czy wymuszenie na wiatrakach ciągłej pracy na pełnych obrotach, a MacBook w końcu definitywnie umarł z przegrzania, przyszła pora na bardziej drastyczne kroki.

Aby zacząć według najlepszych hitchcockowskich wzorców, na pierwszy ogień (nomen-omen) poszła wymontowana z MacBooka płyta główna, która trafiła na całe 7 minut do piekarnika. Trochę dłużej, niż siostra Antka, którą znachorka wsadziła do pieca na trzy zdrowaśki, ale wszak Rozalka nie była tak zaawansowana technicznie...

Zapewne w tym momencie pukacie się pogrzebaczem w głowę i zadajecie sobie pytanie, jaki jest sens wypiekania jabłkowej szarlotki w rozgrzanym piekarniku, skoro i bez tego MacBookowi na co dzień nie brakowało kontaktu z wysokimi temperaturami. Otóż nasz inżynier z iFixIt doszedł do wniosku, że na płycie głównej są tzw "zimne luty" i tylko upłynnienie lutowia poprzez wypiekanie może przywrócić przewodność elektryczną pomiędzy podzespołami i postawić komputer na nogi. Miał rację, bo po upieczeniu i ponownym zmontowaniu MacBook wrócił do życia.

Znów może pojawić się pytanie, jakim cudem w profesjonalnym urządzeniu słynącym z legendarnej jakości wykonania mogła pojawić się tak przyziemna usterka, jak zimne luty. To nie cud - to wprowadzony przez Apple innowacyjny i niezwykle oszczędny system kontroli jakości ASQC (After-Sale Quality Control - Posprzedażowa Kontrola Jakości), przerzucający koszty testowania sprawności urządzeń na barki uradowanych konsumentów. Gdyby producenci samolotów mieli taki system kontroli jakości i tak wiernych klientów jak Apple, na lotniskach całego świata spychacze co wieczór spychałyby z końca pasów startowych wraki samolotów, które nie dały rady wystartować, a fani podniebnych podróży z pieśnią na ustach biegliby do kasy po kolejny bilet. Ale ja nie o tym...

Wypiekanie szarlotki pomogło na jakiś czas. MacBook działał przez kilka miesięcy, osiągając całkiem przyzwoite temperatury poniżej punktu wrzenia, ale potem ponownie pożegnał się z życiem. Znowu coś się przegrzało i rozlutowało. W ruch poszła opalarka, smarowanie procesora pastą przewodzącą ciepło, modyfikacje radiatora, wypiekanie w piekarniku i inne popularne w rezerwacie zabiegi elektro-voodoo. Pomagało na krótko. MacBook ciągle się grzał i po chwili zdychał.

Wytłumaczenie tej sytuacji jest banalnie proste i zrozumiałe dla każdego poza murami rezerwatu - wszystkie komputery się grzeją i dlatego robi się w nich otwory wentylacyjne. Ale takie rzeczy to nie w Apple... Nie znoszący kompromisów dizajnerski geniusz Jonathana Ive sprawia, że Maki od wielu lat optycznie udają, że wcale nie potrzebują chłodzenia, a wszelkie otwory wentylacyjne są ukrywane równie wstydliwe jak hemoroidy u primabaleriny Moskiewskiego Państwowego Baletu Kremlowskiego. To oczywiście nie służy obiegowi powietrza wewnątrz obudowy. Ale od czego jest wiertarka...

Jak widać na rycinie powyżej, nasz doprowadzony do ostateczności i zdesperowany inżynier, nie bacząc na to, że od takiego świętokradztwa może uschnąć mu ręka, postanowił udoskonalić ideał i wykonał wiertarką kilkadziesiąt dziurek w miejscu, gdzie pod cudnym ameliniowym unibody MacBooka Pro wstydliwie kryją się wiatraczki.

I pomogło! Wiatraki dostały dostęp do świeżego powietrza z zewnątrz zamiast mielić duchotę w środku, w cudowny sposób poprawiła się aerodynamika, spadła temperatura procesora dławionego przez czujniki przegrzania, a MacBook wyraźnie przyspieszył i przestał się zawieszać. Jest chłodzenie - jest wydajność. Alleluja!

To epokowe odkrycie elementarnych praw termodynamiki, funkcjonujących w każdym rozsądnie skonstruowanym laptopie, lecz nieznanych dotąd w laboratoriach Cupertino, nie mogło przejść bez echa w rezerwacie Apple. Już pojawili się naśladowcy - entuzjaści aerotuningu zaawansowanych technologii. Wiercą na potęgę, nierzadko idąc na całość i zapominając o kanonach estetyki:




A wy już nawierciliście swojego MacBooka?



Źródło: Cult of Mac, iFixIt

naprawa 4416208149653131160

Strona główna item

Bądź na bieżąco



REKLAMY






Losowy wpis z archiwum

Archiwum bloga