applefobia
Applefobia
Loading...

Doprowadź babcię do łez w te Święta...

Reklamy Apple mają ostatnio to do siebie, że ich interpretacja przysparza coraz więcej trudności....


Reklamy Apple mają ostatnio to do siebie, że ich interpretacja przysparza coraz więcej trudności. Nie inaczej jest tym razem...

Najnowsza reklama Apple pokazuje nam młodą, niewątpliwie utalentowaną artystkę, która spędza Święta u babci gdzieś w Luizjanie. Tam, potajemnie grzebiąc w jej rzeczach, odkrywa pocztówkę dźwiękową, nagraną przez seniorkę w 1952 roku dla męża, walczącego w Korei. Artystka, tknięta dzidą nagłego natchnienia, tworzy nocą remix babcinej piosenki, dołączając do utworu swój wokal i rzępolenie na gitarze oraz instrumencie klawiszowym. Coś najwyraźniej poszło nie tak, bo nazajutrz, bladym świtem, już pierwszy odsłuch doprowadza babcię do łez...





Tyle widać na pierwszy rzut oka w warstwie wizualnej reklamy The Song. I bądź tu teraz człowieku mądry i zrozum o co chodzi... Może wam się uda? No właśnie... Ale to nic, nie jesteście sami. Jak się okazuje, wskutek niejasności interpretacyjnych około 87,9% odbiorców ani w ząb nie pojęło, o co chodzi w tej reklamie, część z nich popadła w depresję, łącząc się empatycznie z płaczącą babcią, część zrezygnowała z żywienia się w chińskich restauracjach, a reszta postanowiła kategorycznie w tym roku nie śpiewać kolęd. Tak czy siak, reklama okazała się strzałem w stopę.

W kryzysowej sytuacji na odsiecz błyskawicznie ruszyła APA. Specjalna Komórka Do Spraw Tłumaczenia Rzeczy Oczywistych szybciutko opublikowała filmik The story behind "The Song", wyjaśniający łopatologicznie wszystkim mniej sprawnym umysłowo widzom, że reklama miała za zadanie pokazać wszechstronność sprzętu Apple w doprowadzaniu babć do łez takich kreatywnych zadaniach, jak tworzenie piosenek w programie Garage Band. Aaa...! To nie można było tak od razu?





Do wyjaśnienia pozostaje jeszcze parę kwestii. Jak to zwykle w reklamach Apple bywa, ta łzopędna ramota kryje w sobie parę technicznych fejków. Zagadką pozostaje na przykład to, jakim sposobem udało się zgrać antyczną pocztówkę dźwiękową z babcinego adaptera, pamiętającego czasy wojny wietnamskiej...




Nie jest to takie proste, jeśli nie nosi się ze sobą wiadra przejściówek i odpowiedniego konwertera, o co raczej trudno podejrzewać grzeczne dziewczynki. Twórcy reklamy wybrnęli z tego w mistrzowski sposób, Na filmiku nagle widzimy MacBooka podłączonego kabelkiem wprost do gramofonu z wyjściem USB. Hmm... przecież gramofony z USB są podstawowym wyposażeniem domu każdej amerykańskiej emerytki, nieprawdaż?

Oczywiście za kulisami okazuje się, że do realizacji piosenki potrzebne było całe studio nagraniowe i praca wielu specjalistów od dźwięku, w tym jakiejś bliskiej krewnej Jokera...


...ale ogólny przekaz reklamowy jest taki, żeby naiwni uwierzyli, że każdy gadżet Apple to kompletne, profesjonalne narzędzie do tworzenia muzyki, łapiącej za serce i wywołującej strumienie łez u starszych członków rodziny. A tak całkiem przy okazji - jakim prawem piracki, nagrany amatorsko utwór znalazł się na podsuniętym zdradzonej o świcie babci iPadzie? Za darmo? Bez pośrednictwa i błogosławieństwa iTunes? Toż to świętokradztwo!



Źródło: YouTube

reklama 1579428898298658151

Strona główna item

Bądź na bieżąco



REKLAMY






Losowy wpis z archiwum

Archiwum bloga